|
|
|
Newsy O Pepcoku » Biografia » Szkolenie » Cyfronotes Linki |
Pogoda była świetna, idealna na spacer. Po niebie pływały niewielkie chmury. Próbowałem przeciskać się przez tłumy ludzi znajdujące się na ulicach. Starałem się dojść do głównej ulicy miasta. Niestety nie było to tak proste, jak przypuszczałem. Dlaczego wszyscy wyżsi ode mnie muszą pchać się do pierwszego rzędu? Na ulicach miasta miał miejsce pokaz sił Republiki. Republikańska armia prezentowała swoje jednostki. Zawsze lubiłem militaria. Jakoś udało mi się przecisnąć przez ogrom mieszkańców i stanąłem przy barierkach. Przed moimi oczami ukazał się wspaniały widok. Przodem szli piloci myśliwców, za nimi, na transportowcach znajdowały się jakże wspaniałe X-Wingi i bombowce typu Y. Jak ja lubię oglądać te pomarańczowe kombinezony. Za godzinę miały rozpocząć się pokazy pilotów z Eskadry Łotrów. To dopiero będzie coś!. Najlepsi piloci z całej Galaktyki przyjechali do nas - na Korelię. Po drugiej stronie drogi zauważyłem mojego dobrego przyjaciela - Grunta (wszyscy tak na niego mówimy), młodego Kel Doriańczyka. Pomachałem ręką w jego stronę. O dziwo przyjaciel odwzajemnił gest. Przyznam, że nie sądziłem, że mnie zobaczy. W prawej kieszonce spodni wyczułem jak małe urządzenie zaczyna wibrować i piszczeć. Na małym ekraniku pojawił się napis „Peprous wstąp zaraz do domu”. Dlaczego? Dlaczego właśnie teraz? Jak zwykle kiedy mam ochotę iść gdzieś samemu, to zawsze znajdzie się ważny pretekst, by ściągnąć mnie do domu. Może to coś ważnego? Odwróciłem się i udałem się w kierunku mieszkania. Ledwo przecisnąłem się do bocznej ulicy. -Ale ludzi – pomyślałem uśmiechając się w duchu. Szedłem bocznymi alejkami, aby szybciej dojść do mieszkania. -Żeby tylko zdążyć przed pokazem – powtarzałem w myślach. W sumie to był mój główny cel. Minąłem wielkie kosze na śmieci. Nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie. Poczułem uderzenie jakieś dziwnej energii. Obróciłem się wokoło, ale nikogo nie było. Coś jest nie tak, ale co? Dziwne. Kilka razy zdarzyło mi się coś podobnego i nigdy nic dobrego tego nie wyszło. Raz pobity został mój przyjaciel. Pamiętam to jak wczoraj. Stałem w klubie muzycznym przy barku, popijając jakiś alkohol. Nagle poczułem, że coś się nie tak dzieje z moim znajomym. Nie wiedziałem, co myśleć. Mimowolnie udałem się w stronę toalet. Gdy otworzyłem drzwi zobaczyłem jak Grunt leży pobity na ziemi. Nie było to nic poważnego, jednak sprawcy uciekli.. Do dzisiaj nie wiem, co było przyczyną sporu. Ale liczył się sam fakt przeczucia. Drugi raz miało to miejsce jakiś rok temu, wieczorem, w moim pokoju. Nagle ogarnął mnie smutek. Nazajutrz okazało się, że zmarł mój dziadek. Opowiedziałem to rodzicom i kilku znajomym, ale żadna z tych osób nie wzięła tego na poważnie. Czyżbym był inny? Będąc bardzo uważnym ruszyłem dalej. Stwierdziłem, że lepiej będzie jak opuszczę te niebezpieczne boczne alejki. Skręciłem w prawo. Usłyszałem jakieś krzyki. Nie byłem pewny, co robić. Udać się w miejsce hałasu czy pójść w zupełnie innym kierunku. Wybrałem pierwszą opcję. Dotarłem do miejsca, gdzie miały miejsce te odgłosy. Podszedłem do ściany. Ostrożnie wychyliłem głowę, by zobaczyć, co się dzieje. Dwa metry ode mnie stało trzech przemytników, jeden miał wyciągnięty blaster. „No to się wpakowałem”. Bardzo powoli zacząłem się wycofywać, kiedy dostrzegłem jeszcze jedną osobę. -Odejdźcie, to nic wam się nie stanie - odezwał się młody mężczyzna, którego na początku nie zauważyłem. -Słuchaj, zaraz tobie stanie się krzywda – roześmiał się jeden ze szmuglerów. Facet miał rację. Jeden człowiek kontra trójka uzbrojonych przemytników. Wynik był przesądzony -Ostrzegałem. - odpowiedział pewny siebie ten ów młody człowiek. Tu miało miejsce coś niezwykłego. W sekundę po tych słowach jeden z bandytów wylądował pod moimi nogami. Był nieprzytomny, a ja zszokowany. Kątem oka dostrzegłem, jak jeden z przemytników wyciąga blaster. Nie czekając ani chwili skoczyłem w kierunku nieprzytomnego napastnika, wydarłem mu z dłoni broń i wystrzeliłem trafiając szmuglera w udo. W tym samym momencie przed moimi nosem ukazało się szare ostrze laserowe, a ranny przeciwnik zaczął uciekać. -Niech ucieka. Promień lasera zbliżył się niebezpiecznie blisko mojej twarzy. -O kurde. – jęknąłem przeraźliwie. -A tak. Przepraszam. - ostrze znikło. „W co ja się wpakowałem? Dlaczego ryzykowałem życie, by pomóc temu człowiekowi?” Teraz byłem zbyt roztrzęsiony by o tym myśleć. -Dziękuję, ale poradziłbym sobie sam. Doceniam to, że stanąłeś po mojej stronie. Chyba nigdy wcześniej nie widziałeś miecza świetlnego? Potrząsnąłem przecząco głową. Rozejrzałem się dookoła. Postrzelony przeze mnie przemytnik uciekł. W rogu alei klęczał, z obłędem w oczach, jego partner. -Chodźmy stąd zanim zbiegnie się reszta. - polecił nieznajomy -Potwierdzam - odpowiedziałem odruchowo. Przeszliśmy kilkanaście kroków. „Dlaczego idę za tym mężczyzną?” -Masz niezły refleks. -No, nienajgorszy – starałem się uśmiechnąć. -Corran Horn – mężczyzna podał mi rękę -Peprous, ale proszę mówić mi Pepcok – odwzajemniłem gest. Nagle stało się coś dziwnego. Corran po tym, jak uścisnął moją dłoń zaczął patrzeć na mnie ze zdziwieniem. Jego oczy przesyły mnie na wylot. Z jego dłonie zaczęła uwalniać się energia, która przeszyła moje ciało. Czułem się dziwnie. Poniekąd przestraszyłem się. -Typowe – zaśmiał się mężczyzna. – Czy nie wybierasz się czasem na pokaz? -No, tak. Jeżeli znajdę jakieś wolne miejsce – rzuciłem z lekkim sarkazmem. „Skąd wiedział o pokazie?” Horn zamyślił się. -Słuchaj. Zgłoś się do pomieszczenia kontrolnego na chwilę przed pokazem i powiedz, że ja cię przysłałem. -Ale… - w mojej głowie szerzył się chaos. -Żadnych ale – popatrzył na zegarek – za około 40 bądź na miejscu. Ja już muszę iść. Porozmawiamy później. Tylko pojaw się. Odwrócił się i po chwili zniknął za rogiem. „Ale o co chodzi?” - pomyślałem. - „Ratuję człowiekowi życie, sam pewnie mógłbym zginąć. Człowiek ten posługuję się legendarną bronią, przy dotyku wysyła jakąś dziwną energię. Zaprasza mnie do pomieszczenia kontrolnego. Mimo to jest zupełnie sympatyczny i nie wiem, dlaczego, ale przez te kilka minut poczułem więź między nim, a mną. To jest już zupełnie pokręcone.” No nic. Udałem się w mieszkania. Kilka minut później znalazłem się przed drzwiami budynku, w którym mieszkam. Obyło się bez przygód. Nacisnął przycisk przywołujący windę. Po chwili ta zjechała, ja wybrałem „45”. Poczułem jak wina unosi się do góry. Przed moimi oczami ukazał się ciekawy widok. Ogromne wieżowce piętrzyły się na horyzoncie. Przede mną i nade mną przelatywały małe pojazdy. W sumie Korelia to bardzo rozwinięta planeta z ogromną liczbą mieszkańców. Moja podróż dobiegła końca. Odwróciłem się i ruszyłem w głąb korytarza. Dotarłem do mieszkania nr 1417. Drzwi same się rozsunęły. Nie zdążyłem jeszcze przekroczyć progu, a już usłyszałem głos matki: „Co tak późno?” -Słuchaj, naprawdę mi przykro, ale musisz zająć się bratem. Razem z ojcem mamy ważne spotkanie. Jeżeli się nie stawimy, to możemy stracić pracę. To jest naprawdę pilne. - odezwała się matka trzymając młodego Konsasa na rękach. Biegała od pokoju do pokoju. Zauważyłem, że tata na szybko wrzuca na siebie marynarkę. Rzeczywiście bardzo się śpieszyli. Cóż, co mogłem poradzić? Odpowiedź mogła być tylko jedna. -No dobrze. A ile to zajmie, bo wiesz niedługo jest ten pokaz? Naprawdę mi na nim zależy. -Za chwilę powinna przyjść opiekunka. Wiesz nie zostawię małego samego. Zdążysz. Zrozum. To są naprawdę ważne sprawy. Mama położyła mojego brata na ziemi. Cwany czterolatek dalej wolał przebywać na rękach, niż chodzić samemu. Ubierając płaszcz rodzice udali się w stronę wyjścia. -To cześć – mama z tatą zniknęli za drzwiami. Zostałem w mieszkaniu sam z młodszym bratem. Udałem się do kuchni. Z lodówko wyciągnąłem przepyszny napój. Mój wujek ma działkę na obrzeżach miasta i ogromny sad, więc często daje nam kilka litrów świeżego soku. Był naprawdę wspaniały. Ten dzień jest kompletnie porąbany i jeszcze nie zapowiadało się, by chciał się kończyć. „Żeby tylko zdążyć, żeby tylko zdążyć” powtarzałem sobie w myślach. Popatrzyłem na zegarek. Czas uciekał zdecydowanie za szybko. „Kurcze mam tylko dwadzieścia minut” - pomyślałem. W tym samym momencie zadzwonił dzwonek od drzwi. Udałem się w ich kierunku. Otworzyłem je i zobaczyłem w nich znajomą twarz. -Cześć Peprous. Przyszłam do twojego brata – uśmiechnęła się moja ciocia, dobra przyjaciółka rodziny. -Mogę już iść, bo się śpieszę? Wybacz ciociu, ale wiesz - pokazy. - zapytałem -Tak. Oczywiście. - odpowiedziała szybko uśmiechając się szeroko. Wiedziałem, że mam niewiele czasu. Wybiegłem na korytarz w znanym mi kierunku windy. Teraz prędkość tej windy wydała mi się dziwne powolna. Wreszcie znalazłem się na ziemi. Zacząłem biec w kierunku centrum miasta. Po dłuższej chwili znalazłem się obok placu. Zgodnie ze wskazówkami Corrana udałem się do pomieszczenia kontrolnego. Musiałem trochę nadrobić drogi, gdyż tłum ludzi nie pozwolił mi na proste przejście. W końcu udało mi się znaleźć przy drzwiach z napisem „Tylko dla personelu”. Chwilę się wahałem, ale zdecydowałem się je otworzyć. Wszedłem do środka. Był tam straszny ruch. Prawie wszyscy ubrani byli w pomarańczowe kombinezony pilotów. Gdzieniegdzie tylko widać było androidy naprawcze i inżynierów. Nikt nie zwrócił uwagi na młodego chłopca stojącego przy drzwiach. „Co ja tu robię? Chyba popełniłem błąd przychodząc tutaj.” Zauważyłem, że grupa pilotów zaczyna patrzeć w moją stronę. Jeden z nich podszedł do mnie. Wyglądał jak wielki robak, miał ogromne czarne oczy i brązową skórę. Przełknąłem ślinę. „Pewnie zaraz wezwą ochronę”. -Ty zapewne jesteś Pepcok. Corran mówił mi, że przyjdziesz. - odezwał się przybysz w języku basic. „Corran ma znajomości” pomyślałem. Byłem mile zaskoczony. -Corran – krzyknął – masz gościa. A przy okazji – jestem Ooryl. Wybacz, ale muszę dopilnować, aby nie zepsuli mojego X-winga. – wydał przy tym dziwny dźwięk, który chyba był śmiechem. Cierpliwie czekałem rozglądając się po pomieszczeniu. W chwilkę później za moimi plecami usłyszałem znajomy głos. -Chodź, pokaże ci miejsce, gdzie będziesz miał dobry widok. Odwróciłem się. Nigdy wcześniej nie ogarnął mnie tak wielki szok powiązany z zaskoczeniem. Horn ubrany był w zielony strój pilota. -Co? Nie wiedziałeś, że jestem pilotem w Eskadrze Łotrów? – zapytał. -W Eskadrze Łotrów? – ledwo wydusiłem z siebie te słowa. „To jest chore”. Spotkałem człowieka, który jest w Eskadrze, teraz on prowadzi mnie na specjalne miejsce. -Załatwię ci autografy – zaśmiał się. – Chodź. Udaliśmy się na zewnątrz, do loży dla VIPów. Z każdą minutą szok zwiększał się dwukrotnie. JA będę siedział w specjalnej loży. Rozglądnąłem się po obecnych. Zauważyłem tam senatora Garm Bel Ibisa, najróżniejszych biznesmenów i polityków. „To zdecydowanie nie jest miejsce dla mnie”. Zbliżaliśmy się do dolnego sektora. Kobieta w czarnych włosach patrzyła się w naszą stronę. Gdy podeszliśmy bliżej wstała i udała się w naszym kierunku. -Powodzenia skarbie – odezwała się młoda kobieta i pocałowała Horna w policzek. -Mirax, to jest Pepcok – wskazał na mnie ręką. – Opowiadałem ci o nim. -Ach tak jestem żoną Corrana. Miło mi cię poznać. -Bardzo mi miło – ukłoniłem się. Dopiero teraz zauważyłem, że kobieta jest w ciąży. Horn oddalił się i zniknął po chwili. Usiadłem na niezwykle wygodnym fotelu. Dla takich miejsc naprawdę warto mieć wysoką pozycję w kraju. O tak! -Słyszałam o waszym niezwykłym spotkaniu. Ponoć masz niezły refleks. - Mirax rozpoczęła rozmowę bez chwili wachania. -Spotkanie było na pewno niezwykłe. W ogóle ten dzień jest zakręcony. Rozmawiałem z Mirax jeszcze kilka minut. Dowiedziałem się, że Corran pracował w KorSeku i że przeszedł trening Jedi. -Drodzy państwo – odezwał się głos z głośnika – przed wami Eskadra Łotrów. Przywitajcie ich brawami. Wszyscy zebrani zaczęli klaskać. Rozpoczęło się to, na co tak długo z niecierpliwością czekałem.
|